W lustrze tam, już nie jesteś TY! Kilka słów o akceptacji!

Patrzymy sobie w oczy, oglądamy pojawiające się zmarszczki, poprawiamy makijaż przez wyjściem z domu, sprawdzamy swoją atrakcyjność. Czasem się sobie podobamy, a czasem szybko odwracamy wzrok i nie chcemy na siebie patrzeć. Czy siebie akceptujemy?

Statystycznie przeglądamy się w lustrze ok 40 razy dziennie, ale różne badania dają różne wyniki. Przygotowując ten artykuł, przez tydzień liczyłam ile razy ja przeglądam się w lustrze. Hmmm… średnio 49 razy! Czy to dużo? Nie wiem! Nie mam zacięcia narcystycznego, ale ten eksperyment natchnął mnie taką refleksją. Często szukamy potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach innych. Jedno zdanie krytyki potrafi nam zrujnować cały dzień. Nawet drobne uwagi bierzemy zbyt dosłownie. Stajemy potem przed lustrem i rozpoczynamy analizę. Za chuda? Może za gruba? Hmmm… zbyt blada? Krótkie nogi? Mały biust? Za duże dłonie? Za wąskie biodra? Mankamentów możemy znaleźć setki i często właśnie na tym się skupiamy.  Słusznie?

Ja wymieniłam tylko te dotyczące wyglądu, a przecież są jeszcze cechy naszego charakteru, które nam przeszkadzają. Droga do samoakceptacji bywa wyboista. Nie mylmy jednak akceptacji z tolerancją. Akceptacja to mówienie “tak” temu co jest. Właśnie dlatego, że jest. Tolerancja to moim zdaniem  udawanie, że czegoś nie ma. Jak dzieci, które zamykając oczy, myślą, że ich nie widać.

Akceptacja to szczerość ze sobą. To spojrzenie problemowi prosto w twarz. To wstęp do zmiany, do dobrego dialogu z sobą samym. To umiejętność zauważania sytuacji, kiedy z czegoś się tłumaczymy lub wściekamy na siebie. To też umiejętność zauważania sytuacji kiedy usilnie próbujemy kogoś zmienić, tłumacząc to kompromisem, który tak jak tolerancja nie jest idealny.   Oznacza przecież rezygnację z czegoś.

Moja droga do akceptacji siebie trwała kilka lat.

W szkole byłam najwyższa, do tego chuda. Przekornie wołali na mnie “mała”, a w skrajnych momentach “kościotrup”. Nawet chłopcy w większości byli niżsi ode mnie, a przecież standardem jest, że dziewczyna powinna być niższa od chłopaka. Nie lubiłam tego bardzo, ale udawałam że mnie to nie obchodzi. Nadrabiałam tym, że się dobrze uczyłam. Towarzysko byłam raczej wycofana, a moja introwertyczna natura wcale mi nie ułatwiała kontaktów z rówieśnikami. Zawsze jednak przyjaźniłam się z ludźmi, którzy towarzysko radzili sobie znacznie lepiej, toteż nie pomijano mnie w zaproszeniach na imprezy. Często słyszałam, że jestem głupia i uczono mnie nie chwalić się sukcesami, toteż wszystkie po kolei umniejszałam, nie pozwalając sobie na poczucie dumy czy radości. Nawet jak zostałam Panią Dyrektor, nie wydawało mi się to szczególnym osiągnięciem. Pomimo podziwu otoczenia (a miałam wtedy 32 lata) myślałam, że to przecież nic wielkiego, każdy tak może.

Były jednak cechy, które w sobie lubiłam i nie chciałam ich zmieniać. Kiedy pierwszy raz zaczęłam pracę z coachem bałam się, że pracując nad obszarami do zmiany, zmienię również te, które w pełni akceptowałam, i które mi pomagały w odnoszeniu sukcesów. Po kilku miesiącach przekonałam się jednak, że nic bardziej mylnego. Widziałam już pierwsze efekty pracy nad sobą i zauważyłam, że to co w sobie lubiłam tylko się umocniło. Wiele razy miałam momenty zwątpienia i nie raz wracałam do punktu wyjścia. Jednak szłam dalej. Ziarenko po ziarenku wysypywałam piasek i spoglądając w lustro zaczęłam dostrzegać prawdziwą siebie. Kobietę, która nie boi się wyzwań, która skupia się na rozwiązaniach zamiast szukać problemów, która, pomimo wielu rozczarowań, nie straciła wiary w ludzi. Kobietę, która jest silna, ale też bardzo wrażliwa. Pamiętliwa, ale nie żyjąca w przeszłości. Mogłabym tak jeszcze wymieniać, ale nie o to przecież chodzi.

Akceptując swoje wnętrze spoglądam sobie w oczy i już mi nie przeszkadza, że jestem wysoka, że tu i ówdzie mam lekko za dużo ciała. Przestało mi przeszkadzać, że mam bliznę nad prawa brwią. W zasadzie już nie mogę się dopatrzeć niczego innego. No może tylko wtedy jak mam słabszy dzień coś wychodzi z cienia i nie daje spokoju. Ale sobie wtedy mówię, wyglądu swojego nie zmienisz, a nad wnętrzem zawsze można popracować.

Nic nie znika przecież jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zmiana to proces.

Kiedy słucham historii kobiet, które uparcie twierdzą, że nic im się w sobie nie podoba, albo ślepo podążają za ideałem lub co gorsza zmieniają swoje ciało za namową faceta, to mimo, że nie po drodze mi już z takim myśleniem, mam dla nich dużo czułości. I niezmiennie powtarzam, że akceptację siebie trzeba zacząć od wnętrza. Tam się wszystko zaczyna i kończy. To wszystko co mamy. Nie zmarnujmy tego. Wysypmy ten piasek z butów i wygodnie idźmy przez życie.

Spojrzymy wtedy w lustro i powiemy: W lustrze tam, już nie jesteś Ty! Jestem ja! Najlepsza wersja siebie. Odnalazłam siebie i zaakceptowałam się w pełni.

 

Comments

  1. kamila

    Bardzo wazny tekst. Wciaz jeszcze tak wiele kobiet nie akceptuje siebie. To dlugi proces tak jak napisalas. Czesto wynosimy ten bagaz z dziecinstwa i niekiedy potrzebna jest terapia by ten temat przepracowac. Niestety martwi mnie fakt ze wciaz tak silna pozycje maja influencerki ktore uprawiaja np. fat shaming czyli wysmiewanie sie z osob grubych, a niestety mlode dziewczyny ogladaja je na instagramie i innych social mediach i daza do idealnej sylwetki. Ogladalam wlasnie na dniach taki fajny film Social dilemma na Netflixie i przerazil mnie troche jesli chodzi o wplyw social media na odbior siebie i swojej atrakcyjnosci przez nastolatki a takze ogromnny wzrost liczby samobojstw odkad pojawily sie social media. Cenny artykul! Dziekuje za ta zachete do refleksji.

  2. Angelika

    Bardzo ważny tekst, często porównujemy się do innych, a przecież jesteśmy jedyni w swoim rodzaju😊

  3. Kat

    Świetny post. Ja też zawsze umniejszałam swoje sukcesy, a moja droga do samoakceptacji była długa i wyboista ;). Choć wewnętrzny krytyk nadal ma mi dużo do powiedzenia, to nauczyłam się stawiać mu granice :). Jestem teraz o wiele szczęśliwsza.

  4. Anna z Wychowanie to przygoda

    Od jakiegoś czasu całkowicie siebie akceptuje. Moze dlatego, ze dobrze widzi się tylko sercem? Pozdrawiam serdecznie!

Add A Comment