I ślubuję Ci aż do śmierci… poznać siebie!

Przysięga małżeńska czy to własna czy to instytucjonalna, to bardzo doniosła chwila w życiu każdego kto decyduje się na ten krok. Przyrzekamy sobie miłość, wierność, szacunek, wsparcie w zdrowiu i w chorobie. Podczas składania przysięgi wierzymy w każde słowo i mamy nadzieję, że nasz związek będzie naszą ostoją do końca naszych dni. Ciekawe tylko dlaczego najczęstszą przyczyną rozwodów jest niezgodność charakterów? Poznałaś siebie na tyle dobrze?

Na poszukiwaniu partnera spędzamy większość naszego czasu. Szukamy w różnych miejscach – klubach, pracy, na wakacjach, u znajomych na domówkach… Kierują nami różne motywacje, żeby nie być samej – bo to już odpowiedni wiek, zegar biologiczny tyka, we dwójkę zawsze raźniej, presja ze strony rodziny jest nie do zniesienia, jako singielka nie jestem już tak często zapraszana na imprezy, bo wszyscy mają parę…

Oczywiście, że nikt nie chce być sam. Fajnie jest mieć kogoś, z kim można pogadać, dzielić troski dnia codziennego, mieć wsparcie w trudnych momentach życia. Mieć poczucie, że nikt nas nie ocenia, że nas rozumie i chce przebywać w naszym towarzystwie. Mieć świadomość, że możemy powiedzieć otwarcie o wszystkim, bez koloryzowania i upiększania rzeczywistości.

Jak już znajdziemy potencjalnego kandydata, to ze wszystkich sił staramy się go poznać. Spędzamy z nim każdą wolną chwilę, zadajemy dziesiątki pytań. Chcemy go poznać – co lubi, a czego nie; co go denerwuje, a co sprawia mu przyjemność; jakich ma przyjaciół; obserwujemy w różnych sytuacjach i wyciągamy wnioski. Idealizujemy we wszystkim. Nie zauważamy drobnych wad, bo przecież można z nimi żyć, nie zwracamy uwagi na drobne niezgodności w poglądach na wychowanie dzieci, finanse, spędzanie wolnego czasu – to przecież nie ma znaczenia, bo wystarczy, że się kochamy i jest nam ze sobą dobrze. Jak przymknę oko na te drobiazgi, to przecież samo jakoś się ułoży.

Jak bardzo siebie znamy?

Tylko jak ma się ułożyć, jeżeli tak dużo czasu poświęcamy partnerowi, a same się nie znamy? Tak, nie znamy się, chociaż uważamy, że jest inaczej. Najczęściej dopasowujemy się do partnera i tego co on lubi, często milczymy jeżeli mamy inne zdanie, żeby go nie urazić, kiedy już wydaje nam się, że mamy partnera “na zawsze” zaczynamy się upominać o swoje. A gdzie byłyśmy wcześniej? Czemu nie zwracałyśmy więcej uwagi na swoje wartości, motywacje jakie nami kierują. Czemu nie rozmawiamy o swoich życiowych celach i oczekiwaniach wobec życia? Czy w ogóle zdajemy sobie z nich sprawę? Czy wiemy co chcemy osiągnąć w życiu? Jakie mamy marzenia? Zdajemy sobie sprawę ze swoich wad? Dobrych i złych cech charakteru?

Kiedy patrzę wstecz na siebie i swoje związki to, wiem że mam rację pisząc powyższe. Już nie myślę, ze są to wyświechtane psychologiczne dyrdymały, tylko gwarancja życiowej satysfakcji obejmującej wszystkie sfery życia. Gdyby ktoś wcześniej mnie uświadomił, że wybierając partnera przede wszystkim powinnam zwrócić uwagę na jego wartości zapewne uniknęłabym wielu rozczarowań. Po prostu lepiej poznać siebie. Zasada, że przeciwności się przyciągają tutaj nie działa.

Konfliktu na poziomie wartości nie da się rozwiązać.

Zastanawiałam się, czemu boimy się poświęcić czas i energię, żeby poznać siebie, podczas gdy na poznanie innych jesteśmy gotowi poświęcić wiele swojej energii. Mnóstwo energii tracimy też na próbie podporządkowania sobie wybranka lub próbie zmiany jego charakteru i zachowań. Czy nie lepiej spożytkować ten czas na określenie swoich wartości, zrozumienie swoich zachowań, poznaniu cech charakteru? No bo co jeżeli odkryjemy, że jednak nam nie po drodze z partnerem, który miał być na całe życie. Wtedy wypadałoby podjąć decyzję czy godzimy się na takie miałkie życie czy rozstajemy. Ale nawet wtedy decyzja o pozostaniu w związku jest lepsza niż udawanie, że wszystko jest w porządku.  Przecież wraz z przeżytymi wspólnie latami zmienia nam się charakter, nabywamy nowych doświadczeń i nasze cele też mogą ulec zmianie.

Po prostu zaprzyjaźnić się ze sobą. Traktować siebie z szacunkiem i miłością. Przecież jedyną osobą, z którą będziemy aż do śmierci jesteśmy my same. Ja teraz tak właśnie żyję. Jestem dla siebie największym darem i jeżeli komuś się to nie podoba, czy powinnam reagować? Nie mam zamiaru, bo dla mnie to strasznie płytkie kiedy zajmujemy się życiem innych zamiast swoim własnym. Zwłaszcza nieproszone. Czy powinnam się komuś tłumaczyć ze swoich wyborów? Chyba tylko najbliższym, których bezpośrednio dotykają moje decyzje.

A ty jak bardzo znasz siebie? Co by było jakbyś nagle musiała spędzić ze sobą samotnie miesiąc? Cieszyłabyś się czy przeraziła?

Comments

  1. Anna z Bilingual kida

    Nie wiem, na ile siebie znam. Poznaje sie i miesiac z sama soba bylby interesujacym doswiadczeniem :). Pozdrawiam!

  2. Dana

    Hmm, faktycznie coś w tym jest – my, kobiety, na etapie “zdobywania” partnera często zatajamy swoje prawdziwe myśli, unikamy poruszania drażliwych tematów, w obszarze których spodziewamy się natrafić na rozbieżności w poglądach itp. Jak to napisałaś – dostosowujemy swój przekaz do partnera. Dopiero po “zapieczętowaniu” odkrywamy prawdziwe karty.

    To nie tylko jest krzywdzące dla partnera – słusznie może mieć do nas pretensje o brak szczerości i udawanie – ale i dla nas samych. Bo jak długo można tłumić, kamuflować swoje myśli, wartości i emocje? Odnoszę wrażenie, że mężczyźni nie mają takiej tendencji… Albo mają w mniejszym stopniu. Są odważniejsi w wyrażaniu siebie.

    Co do pomysłu z samotnym miesiącem. Taki trening z zadaniem sobie pytania, jak bardzo jestem dla siebie cenna i na ile siebie znam, może dla każdej z nać być przydatny. Osobiście perspektywa samotnego miesiąca spędzonego wyłącznie w swoim towarzystwie nie przeraża mnie, o ile:
    a) po takim eksperymencie mam gwarantowany powrót do swojego otoczenia, rodziny i znajomych 😉
    b) mogę na taką wyspę zabrać choć jednego swojego kota 😉

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. piasekwbutach-admin

      Bardzo trafnie to podsumowałaś. Też odnoszę wrażenie, że mężczyźni z reguły nie mają tendencji do zatajania swojego charakteru, a kobiety owszem. I zgadzam się z Tobą, że same siebie najbardziej krzywdzimy takim zachowaniem, partnera oczywiście też, ale przede wszystkim siebie.

      A na wyjazd kota możesz zabrać 🙂 No jak bez kota jechać? Toż to by było straszne. Moje by się na mnie śmiertelnie obraziły.

Add A Comment